13 kwietnia na Placu Katyńskim zebrał się tłum ludzi. Młodzież ze sztandarami, osoby w mundurach, starsi, którzy pamiętają więcej, niż chcieliby pamiętać. Nie było w tym wydarzeniu nic sztucznego. Tego dnia uczczono bowiem 86 rocznicę Zbrodni Katyńskiej.
Była modlitwa – spokojna, bez patosu. Kilka słów, które nie próbowały niczego upiększać. Raczej przypominały, jak wielką cenę zapłacili ci, których nazwiska dziś często znamy tylko z tablic i pomników.
Potem muzyka. Dźwięki orkiestry niosły się po placu i tworzyły nastrój, którego nie da się podrobić. Do tego młodzi ludzie ze szkolnego przedstawienia – prosto, szczerze, bez przesady.
Kiedy zaczęto składać kwiaty i zapalać znicze, zrobiło się jeszcze ciszej. Każdy podchodził na chwilę, zatrzymywał się, jakby chciał powiedzieć coś więcej niż tylko symboliczne „pamiętamy”.
Bo przecież za tym wszystkim stoi historia, której nie da się streścić w kilku zdaniach. W 1940 roku podjęto decyzję, która przekreśliła życie tysięcy ludzi: oficerów, policjantów, urzędników, ludzi wykształconych, potrzebnych. Zostali uznani za „wrogów”, choć byli po prostu częścią państwa, które miało pecha znaleźć się między dwoma potęgami.
Wywożeni z obozów, więzień, rozstrzeliwani w lasach i piwnicach. Katyń, Charków, Twer – to nie są tylko nazwy miejsc. To symbole czegoś znacznie większego. Około 22 tysiące istnień nagle przerwanych.
A jakby tego było mało, ich rodziny też nie zaznały spokoju. Deportacje, tysiące kilometrów od domu, życie w warunkach, których trudno sobie dziś wyobrazić. Kolejna warstwa cierpienia, o której często mówi się za rzadko.
Dlatego takie dni jak ten mają sens. Nie chodzi o oficjalne przemówienia ani o to, kto gdzie stoi. Chodzi o to, żeby na chwilę się zatrzymać i uświadomić sobie, że historia to nie tylko daty z podręcznika.
To ludzie. Tacy jak my.
Fot. Łukasz Kolewiński/UM Częstochowy




























