RAKÓW MELDUJE SIĘ W ĆWIERĆFINALE STS PUCHARU POLSKI

choć gra daleka była od ideału.

Śląsk Wrocław postawił się Rakowowi Częstochowa znacznie mocniej, niż wynikało to z naszych przedmeczowych przewidywań. W spotkaniu 1/8 finału STS Pucharu Polski faworyzowani częstochowianie wygrali na Tarczyński Arena 2:1, choć przez długie fragmenty nie potrafili nadać swojej grze takiego tempa i jakości, jakiej można oczekiwać od zespołu walczącego o ćwierćfinał. Awans jest faktem, lecz styl, krótko mówiąc, nie porywał.


BŁYSK BRUNESA


Od pierwszych minut Raków starał się narzucić swój rytm i dłużej utrzymywać się przy piłce, jednak niewiele wynikało z tego w kontekście realnego zagrożenia pod bramką gospodarzy. Częstochowianie wymieniali podania ale brakowało przyspieszenia, odwagi na ostatnich metrach oraz dokładności, bez której trudno było przebić się przez dobrze ustawioną defensywę.
Tymczasem Śląsk poczynał sobie coraz odważniej z każdą kolejną akcją. Pierwsza groźna sytuacja, która niechybnie skończyłaby się golem dla gospodarzy, miała miejsce w 20 minucie. Groźnie uderzał Damian Warchoł, który próbował wykorzystać zamieszanie w polu karnym i gdyby nie Bartah Zych nie dosięgnąłby tego strzału. Chwilę później Luka Marjanac mógł wywalczyć rzut karny, gdy po interwencji Zycha padł na murawę. Arbiter nie zdecydował się jednak ani na gwizdek, ani na analizę VAR, co wywołało wyraźne protesty kibiców Śląska. Kibiców, którzy chwilę później próba generalna przed Sylwestrem zarządzili przerwę techniczną w meczu.
Po powrocie do gry znów niewiele się na boisku działo. Dopiero w 40 minucie Raków odpowiedział groźniejszą akcją. Nieliczny stały fragment dla Rakowa czyli dośrodkowanie z rzutu rożnego dociera do głowy Repki ale jego strzał minął słupek bramki Śląska. Kolejne nieudane zagranie głową przyniosło upragnionego gola. W 44 minucie Adriana Amorim dośrodkował z lewej strony na Jonatana Brauta Brunesa ten nie trafił czysto w piłkę, lecz ta po krótkim wybiciu głową defensora Śląska wróciła pod jego nogi, Norweg jak na snajpera przystało lewym wolejem huknął pod poprzeczkę notując swoje czternaste trafienie w sezonie i bramkę, która uratowała przeciętną pierwszą połowę Rakowa.


TRADYCJI MUSI STAĆ SIĘ ZADOŚĆ


Po przerwie obraz gry uległ wyraźnej zmianie. Śląsk nie mając nic do stracenia ruszył odważnie do ataku, a Raków momentami sprawiał wrażenie zagubionego i spóźnionego. Wrocławianie poczuli, że mogą sprawić niespodziankę, a strzał Piotra Samiec-Talara w poprzeczkę w 4 minucie drugiej połowy tylko ich w tym utwierdził. Raków miał coraz większe problemy z uporządkowaniem gry w obronie, a próby wyprowadzenia piłki często kończyły się stratami.
Mijały kolejne minuty a przebieg spotkania wskazywały jednoznacznie że tradycji stanie się zadość i Zych nie zakończy tego meczu na zero z tyłu. W 69 minucie gospodarze dopięli swego. Po dobrze rozegranym rzucie rożnym Warchoł uderzył z powietrza i pokonał Zycha, doprowadzając do w pełni zasłużonego remisu. W tym momencie Raków rozpadał się na fragmenty, brakowało mu spójności, a ofensywa zupełnie straciła rytm. Śląsk natomiast złapał wiatr w żagle i wydawało się, że jest w stanie pójść za ciosem.
Częstochowianie potrzebowali szybkiej reakcji i tę reakcję dostarczyli rezerwowi. Niezawodny Tomasz Pieńko, wprowadzony chwilę wcześniej, zszedł na skrzydło i posłał płaską piłkę w pole karne. Patryk Makuch popisał się efektownym, technicznym uderzeniem piętą, które kompletnie zaskoczyło Głogowskiego i przywróciło Rakowowi prowadzenie. Ten gol nie tylko zakończył ofensywną falę Śląska, ale także ustawił końcówkę meczu.
W ostatnich minutach Raków skupił się przede wszystkim na kontrolowaniu tempa gry, choć nie zawsze robił to pewnie. Śląsk do końca próbował odmienić losy spotkania, jednak zabrakło mu zimnej krwi i dokładności, które chwilę wcześniej pozwoliły doprowadzić do wyrównania. Faworyt dowiózł wynik, ale nie w sposób, który zaprezentował w dwóch ostatnich meczach.


NAJWAŻNIEJSZY AWANS


Raków Częstochowa wykonał zadanie i awansował do ćwierćfinału STS Pucharu Polski. Może nie był to finezyjny awans ale w piłce nikt punktów za styl nie przyznaje a wynik jest nasz. Indywidualne błyski Brunesa i Makucha wystarczyły na ambitny Śląsk.
Wrocławianie żałować mogą przede wszystkim niewykorzystanych momentów, bo po doprowadzeniu do remisu wyglądali na zespół, który naprawdę może pokusić się o zwycięstwo. Śląsk odpada z rozgrywek, lecz z twarzą i z poczuciem, że zmusił jeden z najmocniejszych polskich klubów do poważnego wysiłku. Raków z kolei czeka na kolejnego rywala i szykuje się na ważny bój w lidze konferencji.
Tymczasem do ćwierćfinału, oprócz Rakowa, awansowały już zespoły Górnika Zabrze, Widzewa Łódź, sensacyjnie Avii Świdnik oraz Lecha Poznań. Kolejnych ćwierćfinalistów wyłonią dzisiejsze mecze Chojniczanka-Korona Kielce, GKS Katowice-Jagiellonia Białystok oraz Zawisza Bydgoszcz-Wisła Kraków. Karty są więc nadal tasowane, a czerwono-niebiescy choć wykonali plan minimum, następnym razem będą musieli zrobić więcej, aby marzyć o zdobyciu krajowego pucharu.

Śląsk Wrocław- Raków Częstochowa 1:2 (0:1)
43′ Jonatan Braut Brunes (0:1), 69′ Damian Warchoł (1:1), 74′ Patryk Makuch (1:2).


Raków: Zych-Tudor, Racovițan, Konstantopoulos-Ameyaw, Barath, Repka (67′ Struski), Amorim-Diaby Fadiga (83′ Bulat), Brunes (67′ Pieńko), Makuch (86′ Rondić).


(DB)
Fot. Marek Tęcza

Udostępnij:

Facebook
Twitter
X
LinkedIn
Search

Najbardziej Popularne

Partnerzy relacji sportowych:
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.