Po tym meczu Raków Częstochowa może mieć poczucie niewykorzystanej szansy. Częstochowianie od pierwszej do ostatniej minuty „trzymali rękę na pulsie”, narzucali tempo, klepali piłkę i regularnie meldowali się pod bramką Wisły. Problem w tym, że w piłce nożnej za wrażenie artystyczne punktów się nie rozdaje.
Raków wyglądał jak drużyna, która „ma to pod kontrolą”. Spokojne rozegranie, cierpliwość, sporo strzałów – aż jedenaście celnych prób to nie jest byle co. xG na poziomie 2,62 też mówi jasno: sytuacje były, i to konkretne. Tyle, że brakowało skuteczności.
Najbardziej boli to, że gole dla Wisły padły po błędach, których Raków zwyczajnie nie powinien popełniać. Przy pierwszym trafieniu totalny chaos po rożnym – Brunes i Repka wyskakują, ale jakby bez przekonania, Svarnas i Nowak lądują na murawie, piłka spada idealnie pod nogę tego drugiego i bach, 1:0. Farfocel? Jasne. Ale Raków sam się o to prosił.
Drugi cios jeszcze bardziej irytujący. Wrzutka z lewej strony, Svarnas zamiast przeciąć – wystawia piłkę Juriciowi jak na tacy. Napastnik Wisły tym razem się nie pomylił i Raków znalazł się w sytuacji, w której musiał gonić wynik, choć to on prowadził grę.
I Raków gonił. Była nawałnica, były patelnie, było oblężenie bramki Płocka. Brunes w końcu trafił po rożnym z metra, wcześniej Norweg miał setkę przy 0:0, a Dawidowicz w końcówce strzelał z czterech metrów w totalnym młynie. Ale nic więcej nie wpadło.
Ten mecz to idealny przykład historii pt. „lepszy nie zawsze wygrywa”. Raków pokazał jakość, intensywność i pomysł, ale zapłacił za błędy i brak konkretu pod bramką. Wisła była sprytniejsza, bardziej wyrachowana i to ona zgarnęła całą pulę.
Z perspektywy Rakowa – dużo plusów w grze, zero punktów w tabeli. A to, niestety, jedyna statystyka, która naprawdę boli.
Fot. Marek Tęcza Fotografia
























