To nie był typowy mecz na szczycie do jakiego przywykli kibice Ekstraklasy. Zwykle wokół takich spotkań było dużo szumu, a kończyły się na zabezpieczaniu własnej bramki i szukaniu okazji na zadanie jednej, decydującej bramki. W niedzielny wieczór w Poznaniu mieliśmy wszystko: były rzuty karne, zmiany prowadzenia, anulowane gole. W końcowym rozrachunku to Lech okazał się lepszy i trzeba przyznać, że wygrał całkowicie zasłużenie. Wynik 4:3 nie do końca oddaje postawę obu ekip na murawie.
Mecz znakomicie rozpoczął Raków Częstochowa, a właściwie fatalnie zaczął Lech. Gurgul przy próbie wycofania piłki do swojego bramkarza, mocno się pomylił i do piłki jako pierwszy dopadł Patryk Makuch. Nasz zawodnik zdołał ją „dziubnąć” i został sfaulowany przez ofiarnie interweniującego Mrozka. Efekt mógł być tylko jeden – rzut karny dla „Medalików”. Do piłki podszedł Jony Brunes i nie dał szans bramkarzowi Lecha. Od ósmej minuty Raków prowadził 1:0. Ten stan rzeczy nie trwał jednak zbyt długo. Najpierw uratowała nas poprzeczka, ale kilka minut ręką w polu karnym zagrał Ariel Mosór i sędzia po analizie VAR wskazał na „wapno”. Mikael Ishak takich sytuacji nie marnuje i zrobiło się 1:1.
Od tego momentu Lech zaczął zdecydowanie przeważać, a Raków momentami miał problemy z wyjściem z własnej połowy. Gospodarze się nakręcali, konstruowali kolejne akcje, bombardowali bramkę Rakowa, ale to częstochowianie znów wyszli na prowadzenie. W 37 minucie na prawej stronie urwał się Karol Struski, dograł w pole karne do nabiegającego Brunesa. Jego strzał jeszcze zdołał obronić Mrozek, ale przy dobitce Jeana Carlosa był bezradny. Podopieczni Łukasza Tomczyka mogą jedynie pluć sobie w brodę, że nie dotrwali z tym prowadzeniem do gwizdka na przerwę. Kapitalna akcja Lecha zakończona podaniem Gholizadeha do Palmy i na przerwę schodziliśmy z wynikiem 2:2.
W drugiej połowie sprawy w swoje ręce wziął Lech. Gospodarze wyglądali bardzo dobrze na tle Rakowa i kwestią czasu było kiedy wyjdą na prowadzenie. Stało się tak w 55 minucie, gdy najlepiej w polu karnym odnalazł się stoper Lecha Antonio Milic i wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. „Kolejorz” dopiął swego i pewnie zmierzał po trzy punkty, ale wtedy genialnym uderzeniem z rzutu wolnego popisał się Ivi Lopez. „Spadający liść” kompletnie zaskoczył Mrozka i znów mieliśmy remis, tym razem 3:3. Raków mógł ten mecz nawet wygrać, ponieważ do siatki trafił Svarnas, ale po kilku powtórkach okazało się, że w momencie podania był na pozycji spalonej. Co nie udało się naszej drużynie, udało się Lechowi. W doliczonym czasie gry zakotłowało się w naszym polu karnym, a przytomnym uderzeniem piętą zaskoczył Agnero i komplet punktów został w Wielkopolsce. Lech tym samym zrównał się punktami z Jagiellonią, Raków traci do prowadzącej dwójki już 4 punkty.
Ten mecz pod względem zwrotów akcji, ilości bramek może być wizytówką naszej ligi. Warto jednak trzeźwo spojrzeć na postawę Rakowa, która, delikatnie mówiąc, nie zachwyca. Długimi fragmentami czerwono-niebiescy wyglądali na tle Lecha jak beniaminek, który przyjechał po remis lub najmniejszy wymiar kary. Martwi postawa defensywy, która już w spotkaniu z Bruk-Betem mocno się gubiła, a wczoraj przy dużo lepszym rywalu nie miała nic do powiedzenia. Środek pola? Możemy jedynie zatęsknić za zawodnikiem pokroju Berrgrena. Na początku tej rundy bardzo słabo wygląda także Ameyaw, który jest bezproduktywny na skrzydle.
Raków trafił na mocnego Lecha – zgoda, ale taką grą nie obronimy się ani w lidze, ani w europejskich pucharach.
Lech Poznań – Raków Częstochowa 4:3 (2:2)
Bramki: Ishak 19 (k), Palma 45, Milić 56, Agnero 90 – Brunes 8 (k), Jean Carlos 37, Ivi 73
Raków: Zych – Tudor, Racovițan, Mosór (68, Svarnas) – Ameyaw, Struski (68, Bulat), Repka, Jean Carlos (87, Dawidowicz) – Makuch (53, Diaby Fadiga), Ivi (87, Brusberg) – Brunes.
Lech: Mrozek – Gumny (46, Pereira), Mońka, Milić, Gurgul – Kozubal (87, Ouma), Rodriguez, Palma (78, Walemark) – Gholizadeh, Ishak (79, Agnero), Bengtsson (69, Hakans).
Fot. Marek Tęcza Fotografia
























