Łukasz Tomczyk w dalszym ciągu bez zwycięstwa na terenie rywala. Raków Częstochowa świetnie rozpoczął niedzielne spotkanie z Legią Warszawa, ale po zdobytej bramce kompletnie oddał pole rywalowi i wręcz prosił się o wyrównanie. Efekt? Jak zwykle w takich sytuacjach, przypadkowa ręka w polu karnym, rzut karny dla przeciwnika i 1:1. Sztab Rakowa ma o czym myśleć, a czasu będzie teraz nadspodziewanie dużo, gdyż czeka nas przerwa związana z meczami reprezentacji.
Częstochowianie przyjechali do Warszawy w okrojonym składzie, na ławce rezerwowych zabrakło Tudora, Ameyawa czy Pieńki. Na ławce rozpoczął Svarnas oraz Ivi, a desygnowany do gry w pierwszym składzie Patryk Makuch na rozgrzewce zgłosił niedyspozycję i w jego miejsce w pierwszej „11” wyszedł Isak Brusberg. Szwed też długo nie zagrzał miejsca na murawie, po niespełna pół godzinie gry został zniesiony na noszach i już na boisko nie powrócił.
Raków nadspodziewanie szybko strzelił bramkę, w czym duża zasługa… napastnika Legii Nsame. Po rzucie rożnym powstało małe zamieszanie w polu karnym gospodarzy, piłka zmierzała wprost w ręce golkipera Legii, ale Nsame odbił piłkę wprost pod nogi Fadigi, który z kilku centymetrów trafił do siatki. Paradoksalnie trzeba powiedzieć, że ta bramka padła chyba za wcześnie, bo Raków szybko uznał, że taki wynik wystarczy i cofnął się na własną połowę. W pierwszej połowie oglądaliśmy typowy mecz „Medalików” za czasów Marka Papszuna. Dużo gry pod faul, przerywanie akcji i skuteczna niska obrona. Z przodu niestety nic ciekawego się nie działo. Legia też nie potrafiła przedrzeć się przez naszą defensywę i do przerwy wynik się już nie zmienił.
W drugiej części Raków dalej przebywał głównie na swojej połowie, ale piłkarze ze stolicy atakowali coraz groźniej. W końcu w 70 minucie na bramkę Zycha uderzał Nsame, piłka po drodze odbiła się od ręki Mosóra i po krótkiej analizie VAR arbiter wskazał na „wapno”. Napastnik Legii pewnym strzałem umieścił piłkę w siatce i mieliśmy 1:1. Legia była bardziej żądna wygranej i próbowała trafić po raz drugi, ale to czerwono-niebiescy mieli najlepszą okazję. W zamieszaniu w polu karnym Brunes huknął potężnie, ale trafił tylko w słupek, zabrakło kilku centymetrów.
Raków znów bez wygranej, była szansa odrobić trzy „oczka” do Zagłębia i Jagiellonii, udało się odrobić tylko jedno.
Trzeba pamiętać o problemach zdrowotnych niektórych graczy, o czym na konferencji prasowej wspominał trener Tomczyk, ale drużyna, która chce walczyć o mistrzostwo takie mecze powinna po prostu wygrywać. W krótkim odstępie czasu to już piąte spotkanie, w którym „Medaliki” strzelają pierwsi gola i nie potrafią wygrać meczu.
Teraz dla całego sztabu intensywny czas, a od meczu z Widzewem każde spotkanie będzie jak finał. Nadal można wiele wygrać, ale też wszystko przegrać.
Legia Warszawa – Raków Częstochowa 1:1 (0:1)
Bramki: Nsame 71 (k) – Diaby Fadiga 6
Raków: Zych – Mosór, Racovițan, Arsenić (82, Svarnas) – Jean Carlos, Struski (63, Dawidowicz), Repka, Amorim – Brusberg (28, Bulat), Diaby Fadiga (63, Ivi) – Brunes.
Legia: Hindrich – Piątkowski, Augustyniak, Pankov – Wszołek (73, Chodyna), Elitim, Szymański, Kun (86, Reca) – Bichakhchyan (86, K. Urbański), Nsame (73, Rajović) – Adamski.
Fot. Marek Tęcza Fotografia
























