Elżbieta Markowska jest osobą, której chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać. Prezeska Stowarzyszenia Amazonek i Pacjentów Onkologicznych, od lat zaangażowana w pomoc chorym, profilaktykę i edukację. Ale tym razem postanowiliśmy odłożyć na bok funkcje, stanowiska i kolejne akcje.
Zamiast tego porozmawialiśmy o Eli Markowskiej – kobiecie, która lubi ciszę na balkonie, spacery, morze, rozmowy z bliskimi i czas spędzany z wnuczkami. O trudnym dzieciństwie, chorobie, która przewartościowała jej życie, ludziach spotkanych na drodze, pomaganiu innym, profilaktyce i o tym, dlaczego czasem trzeba po prostu odłożyć prasowanie i odpocząć.
Życie Regionu: Elżbieta Markowska to kobieta, którą większość osób zna jako prezeskę Stowarzyszenia Amazonek i Pacjentów Onkologicznych. Wszyscy wiedzą, ile Pani robi dla innych. Ale chciałabym tym razem poznać Panią trochę z innej strony. Jaka jest Ela Markowska wtedy, kiedy nikt o nią nie pyta, niczego od niej nie chce, nie ma spotkań, telefonów, konferencji i obowiązków? Kim jest Pani prywatnie?
Elżbieta Markowska: To jest trudne pytanie, bo właściwie cały czas żyję w takim trochę matriksie. Cały czas są prośby, pytania, telefony, a ja jestem osobą, która nigdy nie umiała odmawiać. Dopiero nauczyłam się wyłączać telefon i czasami poświęcić czas tylko sobie i swoim bliskim. Zwłaszcza moim ukochanym wnuczkom.
To są moje aniołki, które kocham ponad życie. One jeszcze bardziej mnie motywują i mobilizują. Dzięki nim wiem, że życie jest piękne i że można je inaczej wartościować. Cieszyć się z każdej chwili, z każdej sekundy. To jest dla mnie bardzo ważne.
Życie Regionu: Wiele osób zna Panią jako kobietę niezwykle aktywną, silną i zawsze gotową do działania. A czy ma Pani również taką swoją cichą stronę? Co pozwala Pani odpocząć, złapać oddech i po prostu być?
Elżbieta Markowska: Uwielbiam ciszę. Kiedyś bardzo lubiłam czytać książki i to mnie też mobilizowało, ale teraz trochę mniej czytam, między innymi ze względu na wzrok. Za to bardzo lubię ciszę.
Wyłączam telewizor. Czasami włączę sobie gdzieś w tle radio, jakaś muzyczka gra, ale najważniejsza jest cisza. Moje życie jest teraz w takim dużym biegu, jest dużo hałasu, dużo informacji, które do mnie docierają. Później wszystko analizuję. Dlatego ta cisza jest mi potrzebna.
Uwielbiam na przykład usiąść na balkonie. To jest mój taki moment wyciszenia. Wtedy mogę spokojnie pomyśleć, przeanalizować różne rzeczy, przypomnieć sobie, jaka była czyjaś potrzeba, co jeszcze trzeba zrobić, co można poprawić.
Mam taki mój azyl – trzydziestoparometrowe mieszkanko. Wnuczki mówią: „Babciu, twoje mieszkanko to takie pudełko szczęścia”. I coś w tym jest. Jest tam spokój, cisza. Dziewczyny mogą przyjść, przytulić się, posiedzieć, pomilczeć, coś ugotować, coś zrobić. A z drugiej strony mam tam również swoje miejsce na relaks i ciszę.
Mam też wspaniałych ludzi wokół siebie, również sąsiadów. Oni wiedzą, że czasami chcę porozmawiać, a czasami potrzebuję ciszy. Nie są nachalni i to jest bardzo ważne.
Życie Regionu: Czy Ela Markowska potrafi oddzielić problemy innych ludzi od własnego życia? Nie dźwigać wszystkiego na swoich barkach?
Elżbieta Markowska: Stara się. I teraz staram się coraz bardziej. Im dłużej działam i im więcej robię, tym bardziej zaczynam myśleć o sobie. Widzę, że musi być postawiona jakaś bariera.
Nie może być tak, że cały czas identyfikuję się z problemami innych. Potrzeby są ogromne, ale przychodzi moment, kiedy musisz mieć chwilę relaksu dla siebie. Bo jeżeli sama nie będę w stanie pomóc, to nie pomogę innym.
Trzeba się zresetować.
Życie Regionu: Jest Pani osobą pogodną, uśmiechniętą i pełną energii. Czy taka była Pani zawsze, czy może doświadczenia nauczyły Panią jeszcze bardziej cieszyć się każdą chwilą?
Elżbieta Markowska: Życie bardzo mnie zmieniło. Mogę powiedzieć, że jest Ela Markowska przed chorobą i po chorobie.
Kiedy pierwszy raz zachorowałam, minęło już 21 lat. Dostałam taki „prezent” na Dzień Matki – dowiedziałam się, że mam guz w piersi. Później okazało się, że jest złośliwy. W Dzień Ojca był drugi „prezent”, czyli informacja, że trzeba pogłębić operację, badania i diagnostykę.
Ta choroba bardzo mnie zmieniła.
Wcześniej byłam otwarta, szczególnie w pracy. Pracowałam w handlu i kontakt z klientami zawsze był na wysokim poziomie. Ale w domu byłam dużo bardziej niepewna. Bałam się wielu rzeczy. Wydawało mi się, że jestem niewarta, że sobie nie dam rady. Czułam się też niedoceniana, szczególnie rodzinnie. Myślałam, że nigdy się z tego nie podniosę.
A kiedy dowiedziałam się, że mam chorobę nowotworową, zaczęłam inaczej patrzeć na życie. Zobaczyłam, że jeszcze chcę wychować syna, który mnie potrzebował. Chciałam doczekać ślubów, wesel, a później wnuków. I dzisiaj już je mam.
Życie Regionu: Ale ta historia zaczęła się dużo wcześniej niż w 2005 roku.
Elżbieta Markowska: Tak. Początki mojego życia były trudne. Kiedy byłam dzieckiem, chorowała moja mama. Miałam wtedy około 12 lat i musiałam się nią zajmować. Bardzo szybko nauczyłam się wielu rzeczy. To były trudne chwile, ale jednocześnie, kiedy teraz o tym myślę, były to chyba najpiękniejsze chwile mojego dzieciństwa.
Okres bycia przy chorej mamie był chyba najlepszym, co mogło mnie wtedy spotkać. Dzisiaj widzę, że była to taka lekcja życia. Może właśnie wtedy nauczyłam się opiekować innymi.
Później bardzo chciałam zostać pielęgniarką. Obiecałam to sobie, kiedy zajmowałam się mamą. Niestety zabrakło mi kilku punktów, żeby dostać się do odpowiedniej szkoły. Poszłam więc do szkoły handlowej.
Życie Regionu: Wróćmy do 2005 roku. Pamięta Pani moment, w którym strach zaczął ustępować miejsca myśli: „Muszę walczyć”?
Elżbieta Markowska: Pamiętam. To był dla mnie szok. Ten rok był trudny również dlatego, że zlikwidowano moje miejsce pracy. Byłam już dojrzałą kobietą, a wtedy bardzo trudno było znaleźć pracę. Panował trend na młodość, a człowiek zostawał nagle bez zatrudnienia i z dużą ilością lat do emerytury.
Byłam na zwolnieniu, miałam kontrole i właśnie wtedy zrobiłam pełną diagnostykę. I się dowiedziałam.
Dzisiaj myślę, że dobrze się stało, że zlikwidowano mój zakład pracy. Gdyby nie to, może nadal byłabym zabiegana i nie poszłabym się zbadać. Naprawdę nie ma przypadków.
Kiedy poszłam do pani doktor, powiedziała mi: „Słuchaj, kiedy ostatnio byłaś?”. A ja mówię: „Byłam”. Okazało się, że minęły trzy lata. Tak szybko biegnie czas, kiedy jesteśmy zabiegani i nie mamy czasu dla siebie.
Życie Regionu: A później przyszedł moment, kiedy trzeba było już zmierzyć się z diagnozą.
Elżbieta Markowska: Dowiedziałam się, że trzeba operować. Później czekałam na wyniki. Okazało się, że jest zmiana i trzeba było jeszcze dooperować, usunąć węzły chłonne.
Pamiętam moment, kiedy pani doktor zadzwoniła, żebym przyszła. Poszłam z mężem. Droga do gabinetu, która zawsze była krótka, wtedy wydawała mi się wiecznością.
Pani doktor była zupełnie inna niż zwykle. Zawsze energiczna, a wtedy widziałam, jak trudno jest jej to powiedzieć.
Kiedy powiedziała, że muszę iść na konsultację onkologiczną, nie czekałam. Poszłam na górę. Czekałam przed gabinetem i serce bardzo mi biło. Płakałam i cały czas pytałam sama siebie: „Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało? Przecież ja jeszcze chcę żyć. Muszę wychować syna. Mam jeszcze tyle do zrobienia”.
Jestem też bardzo wdzięczna mężowi, bo wtedy zawiózł mnie do Łodzi, do Centrum Matki Polki. Później rozpoczęło się leczenie, czekanie na wyniki, radioterapia i codzienne dojazdy do Gliwic. Raz woził mnie syn, raz mąż. Wtedy byli mi bardzo potrzebni. Ich obecność była ogromnie ważna.
Życie Regionu: W tym trudnym czasie spotkała Pani również wiele osób, które bardzo Pani pomogły.
Elżbieta Markowska: Tak. Zawsze będę wspominała panią doktor Małgosię Kubicę, która bardzo szybko potrafiła postawić mnie do pionu. Była też pani psycholog, która bardzo mi pomogła. Trafiłam również do doktor Basi Huras. Miałam wybór między kobietą a mężczyzną i wybrałam kobietę. Pomyślałam: „Jedna kobieta mnie operowała, to tutaj też zostaję”. Tak zaczęła się moja historia.
Życie Regionu: A potem pojawiła się Amazonka, która była już kilka lat po operacji. Dzisiaj to Pani może być dla innych kobiet właśnie taką osobą, która daje nadzieję.
Elżbieta Markowska: Cały czas mam ją przed sobą.
Pamiętam, że byłam po operacji i siostra prawie na siłę ciągnęła nas na spotkanie z wolontariuszką. Zobaczyłam z daleka ładną, zadbaną kobietę, która bardzo ciepło mówiła. Ja jednak nie chciałam jej słuchać. Do mnie niewiele wtedy docierało. Usłyszałam tylko jedno zdanie: że jest pięć lat po operacji. Nie doczekałam końca spotkania. Poszłam do pokoju, przykryłam głowę poduszką i zaczęłam płakać. Przyszła oddziałowa i zapytała: „Co ty robisz? Dlaczego płaczesz?”. A ja powiedziałam: „Wiesz co? Ja jeszcze mogę żyć pięć lat”. I to były łzy szczęścia.
Ta kobieta dała mi wtedy niesamowitą siłę. Poszłam później do Amazonek. Doktor Kubica bardzo mnie do tego namawiała. Szukałam też tej wolontariuszki. Była dla mnie jak anioł stróż.
Później dowiedziałam się, że Ela zmarła. Trzy lata później. Bardzo to przeżyłam, ale została w mojej pamięci.
Życie Regionu: Dzisiaj sama jest Pani dla innych kobiet takim świadectwem.
Elżbieta Markowska: I właśnie dlatego uważam, że rola wolontariuszki, która sama przeszła chorobę, jest tak ważna. Kiedy przychodzimy do szpitala, dajemy nie tylko informacje. Dajemy nadzieję.
Kiedy ja teraz wchodzę na oddział i mówię, że jestem 21 lat po operacji, to ludzie czasami nie chcą wierzyć.
Nie opowiadam pacjentkom wszystkich historii, bo nie zawsze jest na to czas i miejsce. Ale chcę pokazać jedno: można żyć dalej. Można się cieszyć. Ta nadzieja jest najważniejsza.
Życie Regionu: Co jest dla Pani największą nagrodą w tej działalności? Chwila, kiedy ktoś mówi „dziękuję”, czy raczej świadomość, że być może dzięki Pani ktoś zdecydował się zrobić badania?
Elżbieta Markowska: Wszystkie nasze spotkania i rozmowy są bezcenne. Dzielimy się swoim doświadczeniem, swoją historią. Ale nie możemy wchodzić w rolę lekarzy. Każdy organizm jest inny, każda choroba jest inna. My nie straszymy. My dajemy nadzieję.
Bardzo ważne jest to ciepło, bycie z drugim człowiekiem, pokazanie mu, że nie jest sam. Że inne osoby też to przeszły.
Życie Regionu: Wspomniała Pani o poduszkach w kształcie serca, które trafiają na oddziały onkologiczne. Z pozoru drobiazg, a potrafi znaczyć naprawdę dużo.
Elżbieta Markowska: To jest piękna historia, bo zaczęły ją dzieci i młodzież. Zwrócili się do nas ze szkoły i powiedzieli, że mają uszyte poduszki w kształcie serca i chcieliby podarować je Amazonkom.
Początkowo chodziło o praktyczną rzecz – żeby kobieta po operacji mogła podłożyć sobie poduszkę pod rękę, szczególnie kiedy miała usuwane węzły chłonne. Ale później poszłyśmy dalej.
Najpiękniejsze jest to, że na każdej poduszce jest kartka z dedykacją. Każda jest inna. Te dzieci dają choremu człowiekowi swoje przesłanie.
Byłam tym bardzo wzruszona. Nie popłakałam się przy ludziach, ale wyszłam i dopiero wtedy emocje puściły.
Później poszłyśmy z tymi poduszkami na onkologię. Byli tam nie tylko pacjenci po raku piersi, ale ludzie z różnymi chorobami – kobiety i mężczyźni.
Życie Regionu: Mocno angażuje się Pani również w akcję skierowaną do młodego pokolenia. Czy wierzy Pani, że dzieci i wnuki mogą sprawić, że profilaktyka stanie się dla młodych ludzi czymś naturalnym?
Elżbieta Markowska: Wierzę. To jest bardzo ważne, bo młodzi często myślą, że choroba ich nie dotyczy. „Jestem młody, więc mnie to nie spotka”. A przecież to nie jest prawda.
Z chłopcami jest czasami trudniej, bo jeden wstydzi się przed drugim. Ale właśnie dlatego trzeba z nimi rozmawiać.
Kiedy byłyśmy jako Amazonki na spotkaniu z panią Agatą Dudą, pojawiło się pytanie, co zrobić, żeby profilaktyka edukacyjna weszła do szkół. Później, już po powrocie do Częstochowy, obiecałam sobie, że będę próbowała coś tutaj zrobić.
Poszłam do władz miasta. Powiedziałam, że chcę stworzyć akcję profilaktyczną w szkołach. Powstała ulotka „Zostań Samobadaczem Roku”. Później była modyfikowana i rozszerzana.
Pokazujemy, jak prawidłowo badać piersi, jak badać jądra, ale również mówimy o zdrowym stylu życia – diecie, ruchu, spacerach, stresie, odpoczynku.
Życie Regionu: I z czasem włączyła się w to również młodzież.
Elżbieta Markowska: Tak. Jestem bardzo wdzięczna zespołowi szkół ekonomicznych. Tam powstał pomysł, żeby młodzież została ambasadorkami Amazonek czy ambasadorami zdrowia.
Moja wnuczka również się w to zaangażowała. Dołączyły jej koleżanki, później chłopcy. Grupa zaczęła się rozrastać.
To jest dla mnie bardzo ważne, bo młodzież nie tylko słucha, ale zaczyna sama działać.
Dużo dał również program „Ambasadorki Dobra”, bo pokazał, jak młodzi ludzie mogą się angażować.
Życie Regionu: Wspomniała Pani o chłopcach. Dlaczego tak ważne jest dla Pani przełamywanie tabu dotyczącego badań jąder?
Elżbieta Markowska: Bo to nadal jest tabu. A przecież rak jąder może dotyczyć bardzo młodych mężczyzn. Kuzyn mojego przyjaciela miał zaledwie 21 lat, kiedy zmarł na raka jąder.
Dlatego trzeba o tym mówić.
Kiedyś uważało się, że niektóre choroby dotyczą tylko starszych osób. Dzisiaj widzimy, że coraz częściej dotyczą również młodszych.
Mężczyźni nie mogą się wstydzić. Dla nich czasami choroba oznacza poczucie utraty męskości. Kobiety też przecież mają takie lęki, kiedy tracą pierś czy macicę. Ale przecież nadal jesteśmy kobietami.
Tak samo mężczyzna nadal jest mężczyzną.
Życie Regionu: I udało się Pani przekonać młodych chłopaków, żeby rzeczywiście rozmawiali o tych sprawach?
Elżbieta Markowska: Tak. I to jest niesamowite. Na początku był śmiech. Dzisiaj już go nie ma.
W spotkania włączyli się również lekarze – urolodzy i onkolodzy. Były wykonywane badania USG jąder. Jeżeli coś zostało stwierdzone, od razu kierowano młodych ludzi na dalszą diagnostykę.
Ale najbardziej cieszy mnie to, że chłopcy sami chcą coś zrobić dla siebie.
I trzeba też pamiętać, że mężczyźni mogą zachorować również na raka piersi. Mówi się o tym bardzo mało, ale tak jest.
Życie Regionu: A poczucie humoru pomaga Pani w trudnych sytuacjach?
Elżbieta Markowska: W naprawdę trudnych chyba nie. Muszę się przyznać. Ale kiedy sytuacja wydaje mi się już beznadziejna, czasami dostaję takiego głupiego śmiechu. I później ten śmiech mnie uspokaja.
To jest chyba takie odreagowanie.
Natomiast przed każdym występem staram się być perfekcyjnie przygotowana. Czasami nawet śni mi się to w nocy. Wszystko mam przemyślane, żeby nie popełnić gafy. A gafy i tak się zdarzają.
Życie Regionu: Gdyby dostała Pani dzisiaj cały dzień tylko dla siebie – bez telefonów, spotkań, obowiązków i pomagania innym – jak wyglądałby idealny dzień Eli Markowskiej?
Elżbieta Markowska: Oj, bardzo trudne pytanie.
Nie lubię dnia całkowicie bez telefonu, bo nawet jak jest wyciszony, to go widzę i wiem, że ktoś dzwonił. Ale staram się czasami tak robić.
Zrobiłabym sobie kawę, usiadła na balkonie i słuchała ptaków. Siedziałabym i właściwie o niczym nie myślała.
Lubię się położyć, odpocząć, pospać. Ale przede wszystkim poszłabym na spacer. Mogłabym przejść się Alejami, pójść do parku, na Jasną Górę. Posłuchać szumu drzew, wody, popatrzeć na ludzi.
Czasami nawet patrzę na twarze przechodniów i myślę, że powinniśmy częściej mówić sobie „dzień dobry”.
Może poszłabym też na jakiś fajny film.
Taki dzień chciałabym spędzić bardziej sama ze sobą. Jeden dzień w roku chcę mieć tylko dla siebie. Chociaż bardzo lubię towarzystwo i ludzi. Samotność nie jest czymś, co lubię na długo. Jest mi potrzebna tylko po to, żeby się zresetować i nabrać nowych sił.
Życie Regionu: A co oprócz spaceru pozwala Pani całkowicie odciąć myśli?
Elżbieta Markowska: Na pewno nie góry, bo nie lubię chodzić po górach. (śmiech)
Uwielbiam za to morze. Kiedy jestem nad morzem, lubię iść brzegiem. Nie wyznaczam sobie celu. Nie myślę: „Muszę dojść tam czy tam”. Po prostu idę.
Słucham szumu morza, wiatru, fal. To jest dla mnie najpiękniejsze.
Nawet kiedy nie świeci słońce.
Życie Regionu: Czyli nauczyła się Pani doceniać chwilę?
Elżbieta Markowska: Tak. I to chyba jest właśnie najpiękniejsze.
Kiedy idziemy, zauważajmy, co nas otacza. Czy jest deszcz, śnieg, czy wiosna i wszystko rozkwita. W każdej chwili jest jakieś piękno.
Patrzmy pod nogi. Patrzmy na ludzi. Uśmiechajmy się do nich.
Zawsze mówię: „Uśmiechnij się, bo wtedy jesteś dużo ładniejszy”.
Życie Regionu: I chyba właśnie to jest największa zmiana, jaką przyniosło Pani życie.
Elżbieta Markowska: Kiedyś byłam ciągle smutna. Dzisiaj doceniam każdą chwilę, każdą sekundę, która jest mi podarowana.
Uwielbiam ludzi, którymi się otaczam. Poznaję mnóstwo wspaniałych osób.
I jeszcze raz powtórzę: nie chodzi o funkcje. Funkcje nie są ważne. Ważny jest człowiek.
Tu i teraz.
Relacja, dobroć, ciepło. To jest najważniejsze.
Nawet kiedy widzę smutną panią w sklepie czy kogoś zmęczonego w urzędzie, zwykły uśmiech sprawia, że wszystko wygląda inaczej.
Życie Regionu: Gdyby miała Pani podsumować wszystko, czego nauczyło Panią życie – choroba, dzieciństwo, pomaganie innym, relacje z ludźmi – co byłoby najważniejsze?
Elżbieta Markowska: Żeby nie odkładać życia na później.
Badajmy się. Rozmawiajmy. Nie bójmy się prosić o pomoc. Dbajmy o siebie i swoich bliskich.
I przede wszystkim zauważajmy człowieka obok.
Bo nigdy nie wiemy, co ktoś właśnie przeżywa. Może się uśmiechać, a ten uśmiech może być przez łzy.
Nie bójmy się być dobrzy. Nie bójmy się pokazać słabości. Nie bójmy się powiedzieć, że czegoś nie wiemy albo że potrzebujemy pomocy.
Nauczmy się mówić „kocham cię”. Przytulić. Potrzymać kogoś za rękę. Posiedzieć razem. Nawet pomilczeć.
To naprawdę niewiele kosztuje.
I cieszmy się tym, co mamy tu i teraz.
Bo nie wiemy, ile jeszcze takich chwil przed nami.
Dziękujemy za rozmowę.
Fot. Marek Tęcza






















