No i zaczęło się. Maj znowu kręci się wokół jednego tematu – matur. Tysiące uczniów właśnie weszło w tryb egzaminacyjny i przez najbliższe tygodnie życie będzie wyglądać dość podobnie: arkusz, stres, szybka regeneracja i od nowa.
Na pierwszy ogień idzie język polski 4 maja, dzień później matematyka, a potem już klasyczna jazda bez trzymanki. Języki obce, rozszerzenia, kolejne egzaminy dzień po dniu. Jeśli ktoś dobrał sobie kilka dodatkowych przedmiotów, to kalendarz robi się naprawdę napięty i maj potrafi zlecieć w mgnieniu oka.
Od 7 maja ruszają egzaminy ustne. I tu dla wielu zaczyna się prawdziwe wyzwanie, bo trzeba mówić, a nie tylko zaznaczać odpowiedzi. Terminy zależą od szkoły, więc każdy zdaje trochę „po swojemu”, ale stres bywa podobny wszędzie.
Zasady są raczej dobrze znane. Trzeba podejść do polskiego, matematyki i języka obcego, do tego ustne. Magiczne 30 procent wystarczy, żeby zaliczyć obowiązkowe egzaminy i mieć spokój. Do kompletu dochodzi przynajmniej jeden przedmiot rozszerzony, który dla wielu osób ma największe znaczenie, bo to on często decyduje o dostaniu się na studia.
Wybór rozszerzeń to już trochę strategia. Jedni idą w klasykę, inni kombinują bardziej niszowo. Prawda jest taka, że lepiej dobrze ogarnąć jeden przedmiot niż łapać kilka naraz i walczyć o przeciętne wyniki.
A jak coś nie wyjdzie? Spokojnie, świat się nie kończy. Jest termin dodatkowy w czerwcu dla tych, którzy z ważnych powodów nie mogli podejść w maju. Są też poprawki w sierpniu, więc jedna wpadka nie przekreśla wszystkiego.
Najważniejsze teraz to nie spanikować. Serio. Lepiej działać z planem niż rzucać się na wszystko naraz. Powtórki, arkusze, trochę systematyczności i robi się lżej. I jeszcze jedno, o czym łatwo zapomnieć – odpoczynek też jest częścią przygotowań.
Ta matura nie będzie ani wyjątkowo straszna, ani wyjątkowo łatwa. Po prostu kolejny etap do przejścia. A potem zaczyna się coś dużo ciekawszego niż siedzenie nad arkuszami.
Fot. Marek Tęcza Fotografia















