Kibice Włókniarza Częstochowa coraz lepiej poznają smak cierpliwości. Problem w tym, że ta cierpliwość zaczyna przypominać maraton bez mety. „Lwy” nadal czekają na pierwsze ligowe zwycięstwo, a każdy kolejny mecz staje się okazją do zadawania tego samego pytania: kiedy wreszcie coś zaskoczy?
Trzeba jednak oddać częstochowianom jedno – w ostatnich tygodniach było widać światełko w tunelu. Zarówno przeciwko Sparcie Wrocław, jak i podczas wyjazdu do Lublina, zespół pokazał charakter i momentami potrafił postraszyć znacznie mocniejszych rywali. Szkoda tylko, że za dobre wrażenie punktów do tabeli jeszcze nie przyznają.
Największym pewniakiem w ekipie Mariusza Staszewskiego pozostaje Jaimon Lidsey. Australijczyk regularnie robi swoje i wygląda tak, jakby jechał w nieco innej lidze niż część kolegów z drużyny. Problem polega na tym, że żużel to sport zespołowy, a sam Lidsey nie może być jednocześnie liderem, drugim liderem i rezerwowym taktycznym.
Przed Włókniarzem kolejne trudne wyzwanie. Pod Jasną Górę przyjeżdża rozpędzona Unia Leszno, która ostatnio kolekcjonuje zwycięstwa z ogromną łatwością. „Byki” są na fali i przyjadą do Częstochowy po następny komplet punktów.
W obozie gospodarzy nie ma jednak miejsca na kalkulacje. Jeśli Włókniarz Częstochowa chce wreszcie przełamać fatalną serię, musi pojechać najrówniej w sezonie. Potencjał jest, tor będzie sprzyjał gospodarzom, a kibice po raz kolejny zrobią wszystko, by ponieść drużynę do walki.
Pytanie brzmi: czy tym razem „Lwy” naprawdę pokażą pazur, czy znów skończy się na obiecujących fragmentach i słowach „było blisko”? Odpowiedź poznamy już w piątkowy wieczór.
Fot. Tomasz Wójciak




















